Kolejny piękny dzień...
...a sił brak by cieszyć się życiem...
Właściwie powinnam się smucić, ale na to też nie mam ochoty.
Kolejne plany rozwiał wiatr i siły odeszły.
Bezwład totalny.
Nie skaczę,
nie płaczę,
nie uśmiecham się,
nie krzyczę.
N i e r o z u m i e m
Poniedziałek. Z nadzieją zaczęłam nowy tydzień. Lubię zaczynanie od nowa.
Jednak cieszę się, że nie stało się nic. Poza tym mam nowy szkicownik!
I pierwszy raz w tym semestrze poszłam na rysunek najedzona.
Wtorek. Kupiłam bilet do kina, inaczej w środę bym się nie wybrała.
Poprawiłam kilka rysunków. Połowę poniszczyłam, muszę teraz nadrobić...
" Dzienniki " noszę wszędzie. Z wf-u wracałam z Jadzią. Ma wystawę w Wieliczce.
Bardzo sympatyczna i twórcza, a przy tym skromna dziewczyna. Więcej takich!
Środa. Zakręcona jak świński ogon. Rano wykład. potem na targu z Martyną. Kupiłam buty.
Nie ten rozmiar, wróciłam wymienić. Drugi wykład. Zostałam rzecznikiem grupy.
Co ja poradzę na to, że uwielbiam kamorki?
Walkiria zamiast fizyki. Po powrocie Gosina gibanica i seans domowy.
Tym razem Adwokat Diabła.
Czwartek. Pożyczyłam "Sztukę konserwacji" od pana P. Wróciłam z zajęć parkiem Jordana.
Wieczorem w kościele św. Krzyża- koncert Noro Lim. Jak Ewa niewypowiedzianie śpiewa...
Dziś 4 rocznica śmierci JPII na pierwszych stronach gazet, w radiu, w tv, a pod kurią tłumy.
Tenis stołowy z Madzią, powrót dosyć późno.
Piątek. Nawiałam z rzeźby, żeby przygotować wystawę. Tyle stresu...
Kameralny jak nigdy wernisaż malarstwa. Nie obwiniam pogody. Dziękuję obecnym.
Potem posiadówa u mnie. Uroczy wieczór wspomnień.

Sobota. Cały piękny dzień na akademii... odkułam się z tego powoli... został retusz.
Usatysfakcjonowana na równi ze zmęczeniem oskrobałam z gipsu palce suchości papieru.
Niedziela. Zwalniam N I E C O przed świętami.Zbieram siły!
Jeżeli taka pogoda się utrzyma to chciałabym ją twórczo wykorzystać.